Nie masz konta? Zarejestruj się

Trzebinia

Zaklęte rewiry trzebińskiej "kamyczkowni"

21.05.2024 09:00 | 0 komentarzy | 5 014 odsłon | Michał Koryczan

Widząc zniszczone klatki schodowe i zaniedbane podwórze, trudno uwierzyć, że kiedyś mieściła się się tutaj międzynarodowa firma, a później mieszkali dyrektorzy huty. Dziś trzebińska "kamyczkownia" stara się odciąć łatkę miejsca, gdzie było pełno pijaństwa, a dzieci biegały samopas.

0
Zaklęte rewiry trzebińskiej "kamyczkowni"
Ewa Chełczyńska przed wejściem dojednej z kamienic w trzebińskiej "kamyczkowni"
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas
Centrum Trzebini. Kawałek za miejscem, gdzie przecinająca miasto droga krajowa zakręca i biegnie prosto na Chrzanów. To tutaj znajduje się „kamyczkownia". Niewielki skrawek miasta przy Kościuszki, gdzie od przeszło stu lat stoją cztery budynki. Najstarszy jest najbardziej widoczny, położony najbliżej szosy. Ma numer 23 i został zbudowany w 1908 roku. Kolejny o numerze 25 powstał w 1909, a następne dwa, mające numer 27 i 29 - w 1910 roku.

Obróbka kamieni szlachetnych

O trzebińskiej „kamyczkowni" słyszał chyba każdy w gminie Trzebinia, choć nie wszyscy wiedzą, gdzie się dokładnie mieści. Mimo że mijali to miejsce zapewne nieraz w życiu. Mało kto wówczas zastanawiał się, skąd w ogóle się wzięła taka nazwa tego miejskiego zakątka.

Jej genezy szukać należy w początkach drugiej dekady XX stulecia. To wówczas w budynkach, gdzie dziś mieszczą się mieszkania komunalne i socjalne, powstała fabryka obrabiania kamieni szlachetnych, którą założył Józef Bouellat. Była to spółka francusko-polska lub francusko-belgijska.

Jak napisał Stanisław Orłowski w wydanej pod redakcją Feliksa Kiryka monografii „Trzebinia. Zarys dziejów miasta i regionu", w zakładzie obrabiano szlachetne kamienie do zegarków, wyrobów jubilerskich, mierników elektrycznych, fonografów, a także szlifowano szafiry do kompasów oraz przyrządów telegraficznych i meteorologicznych.

„Dzienna produkcja wynosiła 1190 karatów. W fabryce pracowało 300 kobiet i dziesięciu mężczyzn, zatrudnionych jako palacze, maszyniści i mechanicy. Fabryka eksportowała swoje wyroby do Francji, Ameryki i Azji" - czytamy w monografii.

Armia Czerwona i dyrekcja

Międzynarodowy biznes opuścił jednak trzebiński zakątek, do którego przylgnęła nazwa „kamyczkownia". Być może gdzieś zachowały się jeszcze obrobione tutaj kamienie szlachetne. Może w wyrobach jubilerskich czy zegarkach. Kto wie, czy na rękach nie nosili ich nowi lokatorzy pozakładowych kamienic, czyli żołnierze radzieccy, stacjonujący tutaj w 1945 r. Wszak czerwonoarmiści lubowali się w noszeniu na ręce nawet kilku zegarków.

- W kwestii stacjonujących tutaj wojsk radzieckich pojawiają się pewne rozbieżności. Według wspomnień Franciszka Mazura, w „kamyczkowni" była rogatka Armii Czerwonej, a NKWD stacjonowało w Dworze Zieleniewskich. Natomiast Mieczysław Ryba utrzymywał, że w NKWD było w „kamyczkowni", a jednostka samochodowa była w Dworze Zieleniewskich. Z pewnością jakaś jednostka Armii Czerwonej tutaj stacjonowała, bo Andrzej Kostka jako dziecko miał zdjęcia z żołnierzem z oddziału stacjonującego w „kamyczkowni" - opowiada pasjonatka lokalnej historii dr Jolanta Piskorz z Miejskiej Biblioteki Publicznej w Trzebini.

Po drugiej wojnie światowej do położonych nieopodal, nieistniejących już Zakładów Metalurgicznych w Trzebini ściągali ludzie z całej Polski. Robotników kwaterowano w koloniach wznoszonych nieopodal rafinerii. Dla rozrastającej się administracji zaczęto remontować przejęte przez hutę pomieszczenia dawnej fabryki.

Mirosław Kaczara mieszka w "kamyczkowni" od ponad 20 lat

 

Elita i „jaskiniowcy"

- To były wówczas porządne mieszkania zajmowane przez dyrektorów huty i pracownicy wyższego szczebla. Miejsce to wyróżniało się w Trzebini. Okolica wyglądała zupełnie inaczej. Tam, gdzie dzisiaj stoi Intermarche, były łąki. Graliśmy tam w piłkę. Do „kamyczkowni" chodziliśmy na kasztany. Był ich istny dywan - opowiada Jacek Augustynek, który w dzieciństwie mieszkał przy ul. św. Stanisława, a później w budynku naprzeciwko stadionu miejskiego.

Nie ukrywa, że dopóki mieszkała tutaj lokalna elita, był ład i porządek. „Stara kadra" zaczęła się jednak wykruszać. Jedni się przeprowadzili w inne zakątki miasta. Niektórzy pojechali gdzieś dalej, w głąb kraju. Pozostali mieszkali tutaj aż do śmierci. Na miejsce dawnych lokatorów przychodzili zwykli pracownicy. Z czasem "kamyczkownia" stała się zbiorowiskiem mieszkań robotniczych.

- Różni tutaj trafiali. Czasem tacy „jaskiniowcy". Bez pieniędzy. Byle tylko mieć dach nad głową. Mieszkali na chwilę i się wyprowadzali. O mieszkania nie dbali w ogóle. Często zostawiali je w tragicznym stanie. Pamiętam, że już w latach 70-tych o „kamyczkowni" mówiono, że to miejsce pełne pijaństwa - opowiada Jacek Augustynek.

Klatki rozpaczy

W 1998 roku cztery kamienice przejęła gmina, tworząc tutaj mieszkania komunalne i socjalne. Gdy wprowadzali się pierwsi nowi lokatorzy, budynki wyglądały zupełnie inaczej. Przeprowadzona w 2014 roku termomodernizacja skutecznie przykryła ściany ceglanych budowli.

Stojąc u progu „kamyczkowni" i patrząc na kamienice, można śmiało stwierdzić, że w mieście spokojnie znajdziemy budynki w znacznie gorszym stanie. Im dalej w głąb, tym gorzej.

Rozpościerające się nad dziedzińcem kasztanowce nie są w stanie całkowicie zakryć kłującego w oczy widoku. Zaniedbane podwórze i plac zabaw, sterta odpadów przy kontenerach na śmieci. Część komórek lokatorskich to istny obraz nędzy i rozpaczy.

Nie lepiej jest, gdy wejdziemy do klatek schodowych, straszących samym widokiem. Trudno uwierzyć, że były one kilka lat temu remontowane. Zniszczone pomieszczenia widziały niejedną alkoholową libację.

- Jak mieszkałam na poddaszu, to zanim doszłam na samą górę, minęłam kilka osób - opowiada pani Agnieszka.

- Istna tragedia. Przydałyby się domofony, bo wtedy może byłoby lepiej i nie wszedłby nikt niepożądany. Tak jak na starym osiedlu, gdzie przecież też są mieszkania komunalne - mówi mieszkający od 25 lat w „kamyczkowni" Gabriel Zając, który podobnie jak paru innych sąsiadów ma niezależne wejście do zajmowanego mieszkania.

Klatki schodowe to obraz nędzy i rozpaczy

 

Kiedyś dawali popalić

Nie każdy może jednak liczyć na taki komfort. Tak jak Ewa Chełczyńska zajmująca mieszkanie w budynku numer 23.

- Mieszkam tutaj przeszło 20 lat. Pochodzę z Młoszowej. Jak dorosłam i wyszłam za mąż, przeprowadziłam się do Trzebini. Najpierw mieszkałam przy rynku, a po śmierci męża zamieszkałam tutaj, bo nie było mnie stać na poprzednie mieszkanie komunalne. Początkowo było tutaj bardzo dużo starszych osób. Po ich śmierci wprowadziło się wiele dużych rodzin. W końcu niektóre mieszkania są naprawdę spore. Kiedyś młodzi dawali trochę popalić, ale się już znacznie uspokoiło. Pozabierali stąd tych, co stwarzali najwięcej problemów. Teraz większość osób stara się dbać o to miejsce. Mnie się marzy tylko taki ogródek z prawdziwego zdarzenia. Żeby było ładnie. Musiałby być jednak ogrodzony, bo niektórzy z psami chodzą - mówi pani Ewa.

Mieszkańcy nie ukrywają, że w „kamyczkowni" nie brakuje też osób, które nie dbają o zajmowane lokale. Zamiast iść do pracy, wolą być na garnuszku opieki społecznej. Pieniądze z zasiłków zwykle przepijają. Na warunki narzekać nie mogą. Mieszkanie w centrum miasta, do ośrodka pomocy społecznej raptem kilkadziesiąt metrów. Najbliższe sklepy po drugiej stronie drogi. Podobnie jak przystanek autobusowy.

- Ruch na drodze w ogóle nie przeszkadza. Człowiek się już przyzwyczaił. Jak pracowałam w komunalce, to na rano nie musiałam ustawiać budzika. Gdy tylko słyszałam, że auta zaczynają jeździć, to wiedziałam, że czas już wstawać - mówi Ewa Chełczyńska, która od marca jest na emeryturze.

Zniszczone komórki lokatorskie

 

Dzieci samopas

Wiele osób z „kamyczkownią" kojarzy mieszkające tam dziećmi, które puszczone były samopas i tak naprawdę wychowywała je ulica.

- Przewinęło się tutaj dużo takich ludzi, co dzieci w ogóle nie pilnowali. Pozabierali ich stąd. Jak się opieka nimi zainteresowała, to nie było zlituj i do widzenia - opowiada pani Ewa.

- Jest jeszcze kilku dopalonych łebków. Mają po 12 czy 13 lat. Brzydko mówią i kopią piłkę. Auta tutaj nie trzymam, bo strach, żeby je nie poobijali - dodaje Gabriel Zając.

- Dzieci też muszą gdzieś wyjść i się pobawić. Nie każdy rodzic ma czas, żeby gdzieś pójść z pociechą. A tutaj na podwórzu stoi auto koło auta. Plac zabaw też jest w kiepskim stanie - mówi pani Agnieszka.

Problem z nieletnimi mieli również w Miejskim Klubie Sportowym Trzebinia, mającym po sąsiedzku obiekty, na których trenowali i grali mecze jego piłkarze.

- Dzieci goniły po stadionie, wspinały się po piłkochwytach. Starsi mieli z kolei schronienie pod zadaszoną trybuną, gdzie dawali w gaz. Na głowy im nie lało. Fragment płotu z betonowych płyt oddzielającego „kamyczkownię" od obiektów sportowych regularnie był zwalony. Na dawnym boisku treningowym, gdzie został wybudowany obiekt z boiskiem ze sztuczną trawą, nieraz były porozbijane butelki. Tak samo na trybunie - opowiada Jacek Augustynek, były prezes MKS Trzebinia.

Wojciech Hajduk, przewodniczący Rady Osiedla Piaski na podwórzu "kamyczkowni"

 

Grzanie pod prądem

Nie da się ukryć, że „kamyczkownia" wymaga sporych inwestycji. Priorytetem wydaje się zmiana systemu grzewczego. Obecnie kamienice ogrzewane są prądem.

- Trzeba grzać tak, żeby dużo nie zapłacić. Jak człowiek starszy, to się cieplej ubierze i można siedzieć. Gorzej jest z dziećmi, żeby nie zmarzły - uważa Mirosław Kaczara.

- Ogrzewanie elektryczne dużo kosztuje. Zarówno mieszkańców, jak również gminę, która wypłaca dodatek energetyczny. Z kolei jak ktoś nie dogrzewa, to nie tylko traci na zdrowiu, ale również doprowadza do zagrzybienia mieszkania. Są też tacy, co nie płacą rachunków za ogrzewanie. Kończy się to dla nich eksmisją, ale zgodnie z przepisami trzeba im zapewnić nowy lokal, a ten który opuścili wyremontować. Chcemy rozwiązać ten problem, dlatego rozważamy możliwość podpięcia budynków do miejskiej sieci ciepłowniczej - mówi Wojciech Hajduk, wiceprzewodniczący Rady Miasta Trzebinia oraz przewodniczący Rady Osiedla Piaski, w granicach którego znajduje się „kamyczkownia".

Nie ukrywa, że ten zakątek miasta wciąż ma łatkę niezbyt ciekawej i bezpiecznej okolicy. Jak podkreśla, mimo że się już tutaj wiele zmieniło na plus, to wciąż potrzeba pracy i czasu, aby to miejsce odczarować.

- To trudna okolica, ale nie można wszystkich wrzucać do jednego worka. Oczywiście, że mieszkają tutaj też ludzie, którym się w życiu trochę pokręciło. Nie zawsze są też winni sytuacji, w której się znaleźli. Pamiętajmy, że jest to centrum miasta, które powinno być wizytówką. Dlatego trzeba zadbać także o estetykę tego miejsca - uważa Wojciech Hajduk.

- My też walczymy o to, żeby tu mieszkali lokatorzy dbający o ten nasz wspólny dom. Co trzy lata mamy przedłużane umowy na mieszkanie. Jak ktoś dba, to nikt go stąd nie wyrzuci. Ja dbam i będę tutaj mieszkać do końca życia. Dopiero ten co jest nad nami mnie stąd usunie - mówi Ewa Chełczyńska.