Nie masz konta? Zarejestruj się

Wola Filipowska

Ninja Warrior nauczyło mnie pokory, czyli telewizyjna przygoda Mateusza

09.08.2021 16:00 | 0 komentarzy | 4 058 odsłony | Marek Oratowski
Z ARCHIWUM TYGODNIKA „PRZEŁOM".
Mateusza Mroczkę z Woli Filipowskiej na planie dopingowali najbliżsi, a przed ekranem ponad milion widzów - bo taka jest średnia oglądalność wyemitowanych w Polsacie odcinków Ninja Warrior Polska. Pokonywanie najeżonego przeszkodami toru skończył na eliminacjach. Zapowiada jednak, że spróbuje ponownie.
0
Ninja Warrior nauczyło mnie pokory, czyli telewizyjna przygoda Mateusza
Mateusz Mroczka podczas pokonywania toru
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas
Marek Oratowski: Dlaczego pan wystartował w programie?
Mateusz Mroczka: Oglądałem poprzednie edycje Ninja Warrior Polska. Pomyślałem, że to coś dla mnie, bo uprawiam sporty ekstremalne. Zaczęło się od startu w Runmageddonie. To terenowe biegi z wieloma przeszkodami. Moja żona Joanna zapisała się na taki pierwszy start, ale skręciła nogę. Stwierdziłem, że ją zastąpię. Od razu się tym zaraziłem. Zaliczyłem już sporo takich imprez w całej Polsce. Raz wziąłem udział w Masakrator Run. Takie starty wyzwalają adrenalinę i dają radość. Trenuję często, bo koło domu mam własny tor przeszkód z drabinką Salomona, kółkami i nunczakami. Systematycznie też biegam. Zwykle jest to około 10 km. Jednak nie wystartowałem nigdy w tradycyjnym biegu.

Pana praca daje też okazję do trenowania.
- Tak. Wcześniej obsługiwałem żurawie wieżowe. Taka siedząca praca zaczęła mnie trochę nudzić. Dlatego sześć lat temu zatrudniłem się w branży alpinistycznej. Konkretnie w firmie Iguana mającej siedzibę w Elektrowni Siersza. Powadzimy ekspertyzy stanu technicznego kominów lub wymieniamy drabinki. Bardzo lubię wysokość. Najwyżej wyszedłem na 260 metrów, bo tyle mają kominy na Elektrowni Siersza. Jeżdżę po całej Polsce, ale inne kominy są już trochę niższe.

Jak się pan dostał do programu Ninja Warrior Polska?
- Wysłałem zgłoszenie i po jakimś czasie otrzymałem telefon o zakwalifikowaniu się do castingu organizowanego w Warrior Parku w Warszawie. W trakcie musiałem przejść test sprawnościowy oraz porozmawiać z producentem. Na test składało się bieganie na czas, wyskok na wysokość czterech metrów od ściany, podciąganie na drążku. Na castingu pojawiło się około tysiąca osób. Dwieście zostało zakwalifikowanych do programu. Znalazłem się w tym gronie.

Co pan myślał, oglądając tor eliminacyjny?
- Na żywo robi dużo większe wrażenie niż w telewizji. Niestety, żaden z zawodników nie może na nim wcześniej potrenować. Zadanie jest tym trudniejsze do wykonania, a każdy błąd skutkuje wyeliminowaniem.

Jak pan ocenia swój start?
- W głowie miałem to, by nie wyłożyć się na pierwszej przeszkodzie, czyli pięciu krokach. Kolejną był zjazd na drążku oraz przeskok na drabinkę z linek. Poszło fajnie, ale podczas biegu parkurowca minimalnie musnąłem wodę, która jest na torze, co nie umknęło uwadze sędziego. I to oznaczało koniec mojej przygody z torem. Chcę spróbować jeszcze raz, w kolejnym sezonie. W programie uczestniczyła też Marta Staroń z Młoszowej. Znamy się, bo jest moją dietetyczką. Niestety, jej też, w drugim już starcie, nie udało się awansować do półfinału. Ta sztuka udała się 10 najlepszym z grona 32 zawodników uczestniczących w każdym odcinku. Z Martą spotkałem się niedawno na zawodach Ninja Series na targach fitness w Warszawie.

Kto panu kibicował na trybunach?
- Tata, żona, dwójka dzieci i brat. Nagranie miało miejsce w połowie sierpnia i trwało ponad 13 godzin. Odcinek w telewizji to półtorej godziny. Byłem pozytywnie zaskoczony fajną atmosferą wśród uczestników. Każdy chciał się sprawdzić, a nie za wszelką cenę wygrać. Muszę przyznać, że takie doświadczenie uczy pokory.

Służy pan też jako ochotnik w OSP Wola Filipowska. Od dawna jest pan strażakiem?
- Mundur założyłem jako 13-latek. Zaczynałem od drużyny młodzieżowej. Niezależnie od tego, co robię w tym czasie w domu, muszę jechać do akcji. Niektóre z nich pamiętam do dzisiaj. Dwa lata temu w Woli Filipowskiej zginęły na drodze trzy osoby - mąż, żona i teściowa. Jesteśmy uczeni tego, by zachować chłodną głowę, ale nie zawsze się to udaje.


Archiwum Przełomu nr 39/2020